Kiedy kończysz pisać książkę i decydujesz się na self-publishing, wchodzisz w fazę, którą nazywam „festiwalem impostora”. Z jednej strony wiesz, że Twoja historia jest dobra, z drugiej – patrzysz na swoje statystyki na Instagramie i myślisz: „Kto przy zdrowych zmysłach weźmie to pod swoje skrzydła?”.
Napisałem do Koń Movie ze stresem. Miałem wtedy 200 obserwujących na IG.
No właśnie. Dwieście. Nie dwadzieścia tysięcy, nie dwa tysiące – dwieście osób, z czego połowa to pewnie znajomi i boty.
I w tej sytuacji stwierdziłem, że napiszę do jednego z bardziej rozpoznawalnych recenzentów w polskim internecie z pytaniem, czy nie chciałby zostać patronem książki, którą właśnie szykuję do wydania. Klasyczna strategia „co mi szkodzi”. Albo „hej, a nuż”.
To co mnie zatrzymało – i co mnie szczerze ujęło – to że Koń nie odpisał z automatu. Minęło kilka dni. Widziałem, że pracuje nad tym, co mu wysłałem. Czyta. Zastanawia się. Taki człowiek mógłby mi napisać grzeczne „nie, dziękuję” po dwóch minutach i nikt by się nie zdziwił. Zamiast tego włożył w to czas.
I się zgodził.
Poniżej kawałek recenzji, którą dostałem.
Koń Movie – fragment recenzji
To bardziej powieść awanturniczo-kryminalna z bardzo ciekawą trójką bohaterów — ubogim studentem magii, nieco ordynarnym śledczym i tropicielką. Oczywiście Piotrek, mieszając gatunki, nie serwuje tutaj żadnej formalnej rewolucji. Chciałoby się czasem, żeby więcej postaci miało tak wyrazisty charakter i siłę dialogową jak Corvo — trochę Brudny Harry, trochę Logan — ale czuć tu świeżość i brak nacisków ze strony wydawniczych schematów.
Bo Piotr wybrał drogę self-publishingu i próbuje zaoferować światu historię, którą sam chciałby przeczytać. I ja to doceniam. Sama opowieść spokojnie się broni, do tego książka jest przepięknie wydana. Uwielbiam tę okładkę. Dlatego wspieram ten projekt z pełnym przekonaniem.
I chłop dał mi znak jakości Stalowego Konia. Bardzo mnie cieszy ten patronat i szczera opinia Konia. A was zapraszam do lektury.