Co jakiś czas użytkownicy grup na FB pytają, co czytać po Sapkowskim, po Wegnerze, po Grzędowiczu – i ja zawsze odpowiadam z przyjemnością, bo mamy się czym chwalić. Są też tytuły, które rzadko trafiają na te listy odpowiedzi od grupowiczów dla grupowiczów, mimo że zasługują na miejsce obok najgłośniejszych nazwisk. Książki, które ktoś wydał małym nakładem, bez wielkiej kampanii marketingowej, i które później żyją głównie z polecenia – od czytelnika do czytelnika, od bloga do bloga.
Zebrałem dla Was kilka takich pozycji. Różnią się światami, tonem i ambicjami, ale łączy je jedno – żadna z nich nie miała szczęścia do rozgłosu, na jaki zasługiwała. Jeśli szukacie czegoś świeżego, czego nie znajdziecie w żadnym rankingu bestsellerów, jesteście we właściwym miejscu.
Za kamień i za ciemność – dark fantasy w mieście z soli
Sonia Korta i Piotr T. Dudek stworzyli razem coś, co u nas pojawia się rzadko – fantasy osadzone w klimacie bliższym Bliskiemu Wschodowi niż średniowiecznej Europie. Miasto zbudowane wokół kopalni soli, władza skorumpowana do szpiku kości i bogowie, którzy wcale nie są tak odlegli, jak chcieliby wierzyć ludzie.
To książka, w której polityka i religia splatają się w sposób, jaki normalnie znajdziecie w najlepszych sagach o intrygach – tyle że tutaj dochodzi jeszcze duszny, gorący klimat pustynnego miasta, które samo w sobie staje się osobnym bohaterem. Bohaterowie są moralnie poplątani, nikt nie jest tu czysty, a decyzje, które podejmują, kosztują ich naprawdę wiele.
Jeśli lubicie fantasy, które nie boi się brudu i trudnych wyborów, a przy tym oferuje świat zbudowany z rozmachem rzadko spotykanym u debiutantów, to zdecydowanie jedna z tych książek, które powinny być czytane szerzej, niż są.
Pieśń pustyni – to nie jest Diuna (i dobrze)
Grzegorz Wielgus napisał coś, co czytelnicy chętnie porównują do Diuny i do Archiwum Burzowego Światła – i nie jest to porównanie na wyrost. Pierwszy tom cyklu Ostrze Erkal przenosi nas w świat pustynny, surowy, gdzie przetrwanie samo w sobie jest osiągnięciem, a polityka, religia i magia splatają się w jedną, gęstą całość. I choć mamy tu pustynię i niezwykłą substancję to powiedziałbym, że uniwersum zdecydowanie bliżej do Meekhanu niż do świata kreowanego przez Herberta.
Ten rozmach jest tu wyczuwalny na każdej stronie – budowa świata robi wrażenie, a autor nie boi się dużej skali, wielu frakcji i długiego oddechu narracji. To pozycja dla czytelników, którzy lubią zanurzyć się w świecie na dobre, poznać jego historię, religie, konflikty, zanim fabuła nabierze pełnego tempa.
Szkoda, że tak niewielu czytelników w Polsce wie o istnieniu tej książki, bo to jedna z ciekawszych prób stworzenia epickiego, pustynnego świata, jakie ostatnio czytałem od polskiego autora. Jeśli macie ochotę na coś w klimacie zagranicznych hitów, ale z naszego, rodzimego podwórka, koniecznie sprawdźcie ten tytuł.
Na wieki wieków korpo – słowiańscy bogowie kontra warszawskie korpo
Karo M. Nowak połączyła dwa światy, które normalnie nie mają ze sobą nic wspólnego – słowiańską mitologię i korporacyjną Warszawę. Brzmi jak żart, ale wychodzi z tego jedna z bardziej oryginalnych rzeczy, jakie ostatnio czytałem w polskim urban fantasy.
Słowiańscy bogowie i anieli walczą tu o wpływy w świecie open space’ów, deadline’ów i korporacyjnego żargonu – i to starcie jest zabawne, gorzkie i zaskakująco trafne w swoich obserwacjach o współczesnym życiu zawodowym. Autorka ma wyczucie humoru, które nie przechodzi w tanią komedię, tylko buduje osobny, charakterystyczny klimat całej książki.
To pozycja dla tych, którzy mają dość klasycznych średniowiecznych dekoracji i chcą zobaczyć, jak fantastyka radzi sobie z naszą codziennością – z korporacyjną nowomową, presją wyników i absurdami biurowego życia. Jeśli szukacie czegoś lekkiego w tonie, ale niepozbawionego głębi, to zdecydowanie jeden z ciekawszych eksperymentów gatunkowych ostatnich lat.
Kłamstwa szklanych wież – szczera autopromocja
Skoro już mówimy o świecie, w którym magiczne technologie zmieniły codzienność, nie mogę nie wspomnieć o mojej własnej książce – Kłamstwach szklanych wież.
Mafie uzależniają narkotykami, gildie walczą o kontrolę nad magią z politykami i służbami specjalnymi, a pamięć – ta najbardziej ludzka rzecz – potrafi płatać najgorsze figle. Inspektor Corvo nie może zapomnieć kobiety, której nigdy nie było. Student uniwersytetu magicznego marzy tylko o spokojnym życiu w cieniu bogatego kolegi. Tropicielka Calida, należąca do zakonu czczącego magiczne bestie zwane Înwe, zostaje ukarana za własną dobroć i ucieka z biednego południa kraju.
Ich losy splata intryga sięgająca ponad granicami państw i klas społecznych – spisek, na którym zyskują tylko bogaci i pozbawieni skrupułów. To opowieść pełna włamań, epickich starć i magii zaprzęgniętej do przemysłu, który przenika każdy zakątek życia mieszkańców miasta.
Jeśli lubicie klimat Kłamstw Locke’a Lamory, Szóstki wron albo Z mgły zrodzonego, ale chcecie poczuć przy tym coś swojskiego – polskie miasto, polskie realia przetworzone przez magię – to mam nadzieję, że znajdziecie w tej książce coś dla siebie. Jest dużo gangsterki, intryg i bardzo spójny świat. A sama opowieść to historia o strachu, odwadze, wielkich miastach, mafiach i tajnych służbach.
Daraena – mit budowany od nowa
Marta Kładź-Kocot to autorka, która wie o mitach więcej niż większość osób piszących fantasy w naszym kraju – w końcu na co dzień zajmuje się nimi naukowo. W Daraenie to widać na każdym kroku. To opowieść o zbuntowanej księżniczce podróżującej do wnętrza świata-drzewa, w towarzystwie ulicznego żebraka-filozofa, drobnego złodziejaszka, naiwnego rycerza i córki nierządnicy.
Świat, w którym bogowie istnieją, ale ludzie wolą trzymać ich z daleka, bo ich bliskość zakrzywia losy śmiertelników, to jeden z ciekawszych pomysłów, jakie ostatnio spotkałem w polskiej fantastyce. Książka bywa porównywana do Ziemiomorza Ursuli Le Guin i do cyklu o skrytobójcy Robin Hobb – i te porównania nie są przypadkowe, bo autorka rzeczywiście ma wyczucie mitu i archetypu, jakiego trudno szukać gdzie indziej.
To pozycja wymagająca chwili skupienia – narracja rozkręca się powoli, a warstwa znaczeń jest tu gęsta. Ale dla czytelników, którzy lubią fantasy intelektualnie ambitne, budujące świat na fundamencie mitu, a nie tylko przygody, to lektura, po której zostaje naprawdę wiele.
Kroczący wśród cieni – detektyw, który manipuluje cieniami zmarłych
Jarosław Kukiełka zadebiutował historią, która łączy dark fantasy z klimatem kryminalnym – i zrobił to na tyle dobrze, że wielu recenzentów okrzyknęło tę książkę jednym z najlepszych debiutów ostatnich lat. Kavel, zwący się tropicielem, prowadzi śledztwa w mieście Tin-Leve, korzystając z niezwykłej umiejętności – potrafi wiązać się z cieniami zmarłych i wykorzystywać je do własnych celów.
To, co zaczyna się jako pojedyncze zlecenie, szybko przeradza się w coś znacznie poważniejszego – Kavel zostaje wciągnięty w konflikt z Kościołem Żywych, organizacją, która wcale nie jest tak święta, jak chciałaby uchodzić. W tle mamy sprawnie zbudowany świat, oryginalny system magii oparty na cieniach i powstańcach, czyli duszach powracających do martwych ciał, oraz bohatera, który skrywa więcej sekretów, niż na początku daje po sobie poznać.
To pozycja dla miłośników mrocznej fantastyki z detektywistycznym sznytem – dynamiczna, wciągająca i zaskakująco dobrze poprowadzona jak na debiut. Jeśli przegapiliście ten tytuł przy jego premierze, to dobry moment, żeby to nadrobić.
Granty i smoki – fantastyka na wesoło, z doktoratem w tle
Jeśli szukacie czegoś lżejszego po tylu mrocznych klimatach, Łukasz Kucharczyk ma dla Was propozycję nie do odrzucenia. Granty i smoki to zbiór opowiadań o Cilgeranie, doktorancie metodologii nauk barbarzyńskich na Uniwersytecie Wielkobohaterowskim imienia Kelta Niezwyciężonego, i jego niechętnym towarzyszu, niziołku Rortym Pragmaticbucku. Razem ruszają w teren, żeby załatwiać sprawy tak epickie jak zaświadczenie do stypendium doktoranckiego czy nocleg w akademiku.
To satyra na środowisko akademickie przebrana w kostium high fantasy – z mnóstwem nawiązań do klasyki gatunku, od Władcy Pierścieni po Narnię, tyle że przefiltrowanych przez biurokratyczny absurd polskiej uczelni. Czytelnicy chętnie porównują Kucharczyka do Terry’ego Pratchetta, i nie bez powodu – podobny rodzaj humoru, podobna swoboda w żonglowaniu konwencją, choć oczywiście każdy autor ma tu swój własny styl.
Powiem szczerze – to pozycja, która dzieli czytelników bardziej niż inne z tego zestawienia. Dla jednych to czysta radość i świetna zabawa literaturą, dla innych humor okazuje się zbyt specyficzny albo szybko się nudzi, zwłaszcza gdy schemat kolejnych opowiadań zaczyna się powtarzać. Docenią ją zwłaszcza ci, którzy sami przeszli przez realia akademickie – im pewne żarty trafią najmocniej. Jeśli lubicie fantastykę z przymrużeniem oka i nie boicie się nierównego odbioru, warto dać jej szansę.
Kiedy będziesz gotowy, idź – Wojtek Gunia
Ostatnia pozycja trochę wykracza poza ramy klasycznego fantasy, ale zbyt dobrze pasuje do tego zestawienia, żeby ją pominąć. Wojciech Gunia, nazywany przez czytelników ojcem polskiego weirdu, zebrał w tym zbiorze osiem opowiadań, których wspólnym mianownikiem jest ruch – często daremny, błądzący, niemożliwy do zrealizowania.
Bohaterowie próbują zmienić swoje życie, nadać mu jakiś sens, ale wciąż coś ich zatrzymuje – traumy, przemoc, brak sprawczości, opresyjne wychowanie. To proza, która czerpie z literatury niesamowitej, ale przekracza jej typowe schematy – źródło grozy nie leży tu w zjawiskach nadprzyrodzonych, tylko w ludzkiej psychice poddanej presji, jakiej nie jest w stanie udźwignąć.
Jeśli szukacie czegoś na pograniczu gatunków, prozy, która zostaje w głowie na długo po lekturze, i nie boicie się, że fantastyka czasem miesza się tu z egzystencjalnym niepokojem bliższym literaturze pięknej niż typowej rozrywce, to zdecydowanie warto dać Guni szansę.
Czterdzieści i cztery – steampunk, romantyzm i słowiańska magia w jednym
Krzysztof Piskorski to nazwisko, które w środowisku fantastyki cieszy się sporym uznaniem, ale wśród szerszej publiczności wciąż jest zaskakująco mało znane. Czterdzieści i cztery przenosi nas do roku 1844 w świecie, w którym odkrycie energii próżni całkowicie odmieniło bieg historii – i w którym obok maszyn napędzanych etherem znajdziecie też słowiańską magię, polski romantyzm i wątek szpiegowski w jednym.
Bohaterką jest Eliza Żmijewska, poetka i ostatnia kapłanka zapomnianego, słowiańskiego bóstwa, która trafia do odciętego blokadą Londynu z misją zleconą przez samego Juliusza Słowackiego. Piskorski miesza tu historię z fikcją w sposób, jaki rzadko widuje się na naszym rynku – Mickiewicz i Słowacki jako pełnoprawni bohaterowie fabuły, powstania listopadowe splecione z technologią rodem z zupełnie innego świata.
To druga książka w cyklu Świat Etheru, ale spokojnie można zacząć właśnie od niej – fabuły obu tomów nie są ze sobą ściśle powiązane. I szczerze mówiąc, dobrze się składa, bo pierwszy tom, Zadra, przypadł czytelnikom nieco mniej do gustu niż ta część – podczas gdy Czterdzieści i cztery zdobyło nawet Nagrodę im. Janusza A. Zajdla, uznawaną za jedno z ważniejszych wyróżnień w polskiej fantastyce.
Jeśli lubicie, gdy fantastyka bawi się historią i nie boi się rozmachu, to zdecydowanie jedna z tych książek, które warto nadrobić.