Klasyczna różdżka i zaklęcie rzucone jednym gestem to wygodny skrót, ale po którymś takim skrócie robi się nudno. Najciekawsze książki fantasy, jakie mam na półce, traktują magię inaczej – jako coś, co ma logikę, konsekwencje i zawsze każe za siebie zapłacić. Czasem tą walutą jest energia własnego ciała, czasem zdrowie psychiczne, a czasem po prostu władza, która komuś ucieka z rąk. Zebrałem tu kilka tytułów, w których magia jest bohaterem samym w sobie – i jeden polski akcent pośrodku, bo akurat w tym temacie mam sporo do powiedzenia z własnego podwórka.

Imię wiatru – magia jako fizyka i… muzyka

Jeśli szukasz systemu magii, który da się właściwie rozrysować na tablicy jak schemat fizyczny, sięgnij po „Imię wiatru” Patricka Rothfussa. Kvothe, narrator i główny bohater, uczy się na Uniwersytecie sympatii – dyscypliny, w której nie ma zaklęć w stylu „błysk i już”. Sympatia polega na tworzeniu więzi między dwoma obiektami i przenoszeniu energii z jednego na drugi, co oznacza, że każdy magiczny wyczyn kosztuje bohatera realny wysiłek fizyczny, czasem aż do granicy omdlenia. Do tego dochodzi imiennictwo – sztuka poznawania prawdziwych nazw rzeczy, która w świecie Rothfussa jest bliższa filozofii i muzyce niż fajerwerkom.

To, co odróżnia tę książkę od setek innych opowieści o zdolnym chłopcu w akademii magii, to konsekwencja. Autor nie oszukuje – jeśli bohater chce podnieść coś ciężkiego siłą sympatii, sam czuje się, jakby dźwigał to własnymi rękami. Do tego dochodzi warstwa muzyczna i poetycka narracja, bo Kvothe jest równie dobrym lutnistą co magiem, a jego historia opowiadana jest jako wspomnienie snute w karczmie, więc mamy podwójną ramę – to, co się wydarzyło, i to, jak bohater sam to teraz relacjonuje. Dla czytelników zmęczonych schematem wybrańca to i tak świeże doświadczenie, bo Kvothe ewidentnie płaci za swoją legendę wysoką cenę, o czym przypomina teraźniejsza warstwa opowieści.

Dodatkowym plusem prozy jest jej nieuchwytny, poetycki urok. Niestety seria prawdopodobnie nigdy nie będzie zakończona.

Odlewnia – magia jako kod wpisany w materię

Drugim tytułem, który burzy stereotyp magii jako żywiołu nieprzewidywalnego, jest „Odlewnia” Roberta Jacksona Bennetta – świeże polskie wydanie, pierwszy tom trylogii „Założyciele”. Tu magia nazywa się skrybowaniem i działa jak programowanie rzeczywistości. Skryba potrafi przekonać drewniane drzwi, że są stalowe, albo kazać bełtowi kuszy „wierzyć”, że leci szybciej, niż w rzeczywistości leci – i przedmiot zaczyna się zachowywać zgodnie z tym przekonaniem. To magia jako kod, jako język poleceń wpisywany w materię, a nie gest różdżką.

Sancia, główna bohaterka, jest złodziejką z zaskakującą zdolnością – potrafi dotykiem odczytać przeszłość przedmiotów, co czyni ją najlepszą w swoim fachu, ale też odbiera jej normalność. Miasto Tevanne, w którym się porusza, rządzone jest przez cztery domy kupieckie kontrolujące dostęp do skrybowania, więc magia w tej książce jest jednocześnie technologią przemysłową i narzędziem klasowego wyzysku. Fabuła łączy heist, intrygę i worldbuilding rodem z renesansowej Wenecji przetworzonej przez steampunkowy filtr – a system magiczny jest na tyle nietypowy, że nawet czytelnicy zmęczeni fantasy zwykle przyznają, że dawno nie widzieli czegoś podobnego.

Ziemiomorze – magia jako prawdziwe imię i utrzymana równowaga

Trzecim przykładem nietypowego podejścia do magii jest klasyczne już „Ziemiomorze” Ursuli K. Le Guin. W świecie Archipelagu każda rzecz – kamień, fala, człowiek – ma swoje prawdziwe imię w Dawnej Mowie, a poznanie go daje nad nią władzę. Ged, młody czarnoksiężnik zwany Krogulcem, uczy się tej sztuki w szkole magów na wyspie Roke, ale zamiast fajerwerków odkrywa, że każde rzucone zaklęcie zaburza delikatną równowagę świata – a magia użyta z pychy czy w gniewie potrafi wypuścić na wolność coś, czego nie da się już cofnąć.

To, co czyni system Le Guin tak nietypowym na tle innych akademii magicznych, to brak efektowności. Prawdziwa moc czarnoksiężnika objawia się w powściągliwości, nie w rozmachu – najlepsi magowie to ci, którzy wiedzą, kiedy zaklęcia NIE rzucać. Ged w młodości przez pychę przywołuje cień, który omal go nie niszczy, i resztę książek spędza, ucząc się żyć z konsekwencjami tego jednego, zbyt ambitnego zaklęcia. Dla czytelników, którzy cenią fantasy jako opowieść o dojrzewaniu i odpowiedzialności równie mocno, co o przygodzie, to pozycja, która definiuje cały gatunek, mimo że powstała dekady przed większością współczesnych „twardych” systemów magii.

Kłamstwa szklanych wież – polska propozycja z dwoma (i pół) systemami magii

Skoro już jesteśmy przy magii jako technologii wplecionej w tkankę miasta, nie mogę nie wspomnieć o własnej książce – „Kłamstwach szklanych wież”.Magiczne urządzenia uczyniły życie wygodnym, ale niepozbawionym zagrożeń. Mafie uzależniają mieszkańców narkotykami, a gildie walczą o kontrolę nad magią z politykami i służbami specjalnymi – więc magia tutaj też ma swoją cenę, tylko że płaci ją całe społeczeństwo, nie tylko pojedynczy bohater. Gildie, mafie i państwa wykorzystują rozwój magii jako dźwignię, by odskoczyć od pospolitego ludu.

W powieści działają dwa systemy magiczne naraz, co pozwoliło mi pokazać różne sposoby, w jakie magia może korumpować i wyzwalać jednocześnie.

Jeśli podobają ci się światy w stylu Locke’a Lamory, Szóstki wron czy Archiwum Burzowego Światła, znajdziesz tu podobny klimat intryg, włamań i epickich starć, tylko z polskim rodowodem i szaloną gromadą magicznych bestii w tle.

Fantasy, w którym magia ma swoją wysoką cenę

Jonathan Strange i pan Norrell – magia, która odbiera tyle, ile daje

Najbardziej dosłownym potwierdzeniem tego, że magia potrafi kosztować więcej, niż się spodziewamy, jest „Jonathan Strange i pan Norrell” Susanny Clarke. Akcja toczy się w alternatywnej Anglii początku XIX wieku, gdzie magia od wieków jest już tylko przedmiotem teoretycznych dysertacji – dopóki nie pojawia się pan Norrell, ekscentryczny odludek, który jako pierwszy od pokoleń faktycznie potrafi czarować. Gdy dołącza do niego młody, utalentowany Jonathan Strange, obaj zaczynają odbudowywać angielską magię niemal od zera, pomagając nawet rządowi w wojnie z Napoleonem.

Clarke buduje tu świat z iście wiktoriańską cierpliwością – z fałszywymi przypisami, historycznymi anegdotami i rozbudowaną mitologią, przez co całość wydaje się zaskakująco autentyczna. To jednak nie jest lektura dla kogoś, kto szuka szybkiej akcji – tempo jest spokojne, a autorka poświęca mnóstwo miejsca na budowanie atmosfery i tła. Nagrodą za cierpliwość jest jednak coś rzadkiego – opowieść, w której magia dosłownie ma swoją cenę: przywraca zmarłych do życia, ale nie bez konsekwencji, daje władzę, ale odbiera spokój, a rywalizacja dwóch magów zmienia ich obu w sposób, którego żaden nie planował. Dla czytelników, którzy lubią klimat regencyjnej Anglii przemieszany z mrocznym, brytyjskim folklorem, to pozycja niemal obowiązkowa – nawet jeśli trzeba się uzbroić w cierpliwość na pierwsze sto stron.

Pierwsze prawo magii – gdy dotyk odbiera wolną wolę na zawsze

Drugim przykładem ceny, jaką płaci się za magię, jest „Pierwsze prawo magii” Terry’ego Goodkinda, pierwszy tom cyklu „Miecz Prawdy”. Kahlan Amnell jest Spowiedniczką – jej dotyk sprawia, że każdy, kogo dotknie, zaczyna kochać ją bezgranicznie i wykonywać każdy jej rozkaz, tracąc bezpowrotnie własną wolę. To potężna zdolność, ale też przekleństwo – Spowiedniczka nigdy nie dowie się, czy ktokolwiek pokocha ją naprawdę, bo jej moc zawsze staje między nią a szczerym uczuciem. Richard Cypher, prosty leśny przewodnik, poznaje ją w chwili, gdy jej kraj rozpada się pod naporem tyrana Rahla Posępnego, i zostaje wplątany w wojnę o trzy szkatuły Ordena – relikwie dające władzę nad magią życia i śmierci.

To, co odróżnia magię Goodkinda od typowego dobra kontra zło, to zasada, od której cały cykl bierze tytuł – pierwsze prawo magii mówi, że ludzie są głupi i uwierzą niemal w każde kłamstwo, jeśli tylko chcą, żeby było prawdziwe, albo boją się, że jest prawdziwe. Magia w tej książce działa więc na poziomie psychologii równie mocno, co na poziomie fajerwerków, a każda zdolność – od gniewu czarodzieja po dotyk Spowiedniczki – ma swoją ciemną stronę i swoją cenę. To gruba, rozpędzona powieść, która najlepiej sprawdzi się dla czytelników lubiących heroic fantasy bez wstydu za patos, ale z twardymi zasadami rządzącymi światem.

Ja z mojej strony przyznam, że proza Goodkinda do mnie nie trafiła.

Dar Anomalii – polska cena magii płacona własnym ciałem

Ostatnim przykładem, i to polskim, jest „Dar Anomalii” Pawła Zbroszczyka. W świecie podzielonym anomalią, wybrani otrzymują unikalne zdolności magiczne – ale ich zdobycie i używanie kosztuje ich fizyczne zdrowie, czasem aż do granicy trwałego kalectwa. To surowa zasada, bliższa realizmowi niż baśni: im silniejsza moc, tym większa cena, jaką ciało bohatera musi za nią zapłacić, a niektórzy z bohaterów – jak Bren czy Leba – przekonują się o tym na własnej skórze już w pierwszym tomie.

Fabuła prowadzona jest dwutorowo, między różnymi światami połączonymi przez tytułową anomalię, co pozwala autorowi zderzać ze sobą zupełnie odmienne kultury i systemy wartości. Zbroszczyk unika przy tym typowego szablonu elfy-krasnoludy, budując świat, który trzeba poznawać stopniowo, czasem z pewnym chaosem na starcie, ale z nawiązką wynagradzającym cierpliwość w kolejnych tomach. To brutalne, mroczne high fantasy z polskim rodowodem, które udowadnia, że rodzimi autorzy potrafią budować systemy magii równie bezwzględne, co ich zachodni koledzy po piórze.

Bardzo ciekawy jest sposób pozyskiwania zaklęć, ale miękkość magii sprawia, że autor ma wielką swobodę w tym, by manipulować zdarzeniami w formie deus ex machiny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *