Trzy drogi do wydania książki: tradycyjnie, selfpublishingiem i vanity press

Zanim wyślesz plik z tekstem do jakiejkolwiek firmy, musisz zrozumieć, w jakim modelu chcesz operować. Na polskim rynku istnieją trzy główne ścieżki, które różnią się od siebie przede wszystkim tym, kto wykłada pieniądze i kto ponosi ryzyko. Jeden model znamy od lat, trzeci bazuje na naiwności autorów i łączy wady obu pozostałych. Oczywiście mowa tu o vanity publishingu.

Wydawnictwo tradycyjne – sprawdzony wybór

To model, w którym to wydawca inwestuje swój kapitał. On płaci za redakcję, skład, druk i marketing. Ty, jako autor, otrzymujesz wynagrodzenie (zaliczkę lub procent od sprzedaży). Tutaj wydawca ryzykuje – jeśli książka się nie sprzeda, on traci pieniądze. Dlatego te wydawnictwa są tak selektywne i odrzucają 99% nadesłanych tekstów. Jeśli wydawca chce od Ciebie pieniędzy, to nie jest to model tradycyjny. Przykłady wydawców tradycyjnych:

To klasyczny i bezpieczny sposób na debiut, o ile oczywiście twoja książka zostanie przyjęta. Nie znaczy to jednak, że możesz ufać bez sprawdzania: wydawnictwa to biznes i niestety często:

Zdarzają się sytuacje, gdzie ktoś bardzo przerzuca sobie ryzyko z innych książek na debiutanta, albo po prostu testuje na ile podniecony laik zgodzi się na wszystko bez czytania. Dlatego zawsze warto przeanalizować umowę z prawnikiem, zagadać do innych pisarzy lub sprawdzić materiały pomocnicze od Unii Literackiej: https://unialiteracka.pl/wiedza-pomoc/ .

Wymieniłem tu sporo pozornych minusów, ale tak naprawdę wydawnictwa mają szereg zalet – zwykle jest to gwarancja profesjonalnego procesu i pewnej jakości „sita”, wydawnictwa mają też ogromną zaletę w postaci zaufania czytelników, dystrybucji (tak, w Empiku), potencjał do organizowania spotkań autorskich.

Pułapka bajeranctwa: Wydawnictwa subsydiowane i inne kłamstwa

Branża vanity press doskonale wie, że ich nazwa kojarzy się z naiwnością i „płaceniem za własne ego”. Dlatego firmy te dwoją się i troją, żeby w ofertach używać ładniejszych słówek. Często udają jakieś „trzecie, lepsze rozwiązanie”, które rzekomo łączy profesjonalizm tradycji z wolnością self-publishingu. To bzdura.

Musisz zapamiętać jedną, żelazną zasadę: Jeśli wydawca każe Ci płacić za proces wydawniczy, to jest to vanity press. Nie ma znaczenia, jak to nazwą w umowie. Najczęstsze eufemizmy, na które musisz uważać, to:

Wydawnictwa tradycyjne NIE każą płacić. Prawdziwe wydawnictwo zarabia na tym, że sprzedaje Twoją książkę czytelnikowi. Jeśli firma chce zarobić na Tobie, zanim książka w ogóle trafi do druku, to nie jesteś dla nich autorem, tylko klientem usługi poligraficznej.

Różnica jest fundamentalna:

  1. Tradycja: Wydawca zarabia, gdy czytelnik kupi książkę.

  2. Vanity: Wydawca zarabia, gdy Ty zrobisz przelew.

W tym drugim przypadku nikt nie będzie się pocił, żeby wypromować Twój tytuł. Po co, skoro swój zysk już zainkasowali z Twojej kieszeni?

Na marginesie podrzucam wywiad z Grzegorzem Wielgusem, który uniknął klątwy vaniciarza i robi naprawdę fajną karierę literacką:

Ekonomia Vanity – matematyka „bestsellera”

Wydawnictwa usługowe żyją z tego, że autorzy nie potrafią liczyć kosztów druku i składu. Kiedy dostajesz wycenę na 15 tys. zł za wydanie 300 egzemplarzy, może ci się wydawać, że to rzetelna stawka za „profesjonalny proces”. Sprawdźmy realne liczby:

Szybki rachunek: Za około 8-9 tys. zł możesz mieć produkt najwyższej jakości, robiąc to samemu (self-publishing). Wydawnictwo vanity bierze od ciebie 15 tys. zł, co oznacza, że na czysto wkładają do kieszeni 6-7 tys. zł marży jeszcze przed wysłaniem plików do drukarni.

Dlaczego to jest problem?

W skrócie: płacisz komuś ogromną prowizję za to, że wykona kilka telefonów i zleci prace podwykonawcom, których sam mógłbyś znaleźć na Facebooku czy LinkedInie. Robiąc to w ten sposób, oddajesz kontrolę nad jakością i jeszcze za to słono dopłacasz.


Dystrybucja i promocja – wielka iluzja

To tutaj najłatwiej złapać wydawcę vanity na kłamstwie. Ich marketing opiera się na słowach-kluczach, które dla laika brzmią jak bilet do sławy, a dla branży są pustymi frazesami.

W tym modelu cała promocja leży na Tobie. Jeśli sam nie wychodzisz sobie wywiadów, nie kupisz reklam i nie zrobisz szumu w social mediach, książka umrze w dniu premiery. Wydawca nie kiwnie palcem, bo – przypominam – on swoje pieniądze już zarobił w momencie, gdy podpisałeś umowę.


Techniczne „odfajkowanie” i jakość produktu

Wydawnictwa vanity muszą maksymalizować zysk, więc tną koszty tam, gdzie laik nie zauważy tego na pierwszy rzut oka. Efektem jest produkt, który dla zawodowego księgarza czy recenzenta śmierdzi amatorką na kilometr.

W tym modelu proces wydawniczy to tylko „odfajkowanie” kolejnych punktów z listy. Ma być szybko i tanio dla wydawcy, a nie dobrze dla książki.


Kiedy to ma sens i jakie są alternatywy?

Mimo całej krytyki, nie zawsze wydanie w vanity to czysta głupota. Istnieją sytuacje, w których autor świadomie decyduje się na ten układ, traktując go jako transakcję czysto techniczną.

Wydanie w vanity press nie czyni Cię pisarzem w oczach rynku – czyni Cię klientem firmy usługowej. Jeśli masz budżet i ambicję, bądź inwestorem własnej marki, a nie darmowym źródłem dochodu dla kogoś, kto nie wierzy w Twój sukces na tyle, by w niego zainwestować własną złotówkę.

Self-publishing: Zostań samowydawcą?

Wiele osób ucieka w stronę vanity, bo przeraża ich logistyka. Myślą, że „wydanie książki” to czarna magia. W rzeczywistości self-publishing (self-pub) to po prostu bycie szefem projektu. Nie musisz umieć składać tekstu ani rysować okładki – musisz umieć wynająć do tego odpowiednich ludzi.

Dlaczego warto wybrać tę drogę zamiast vanity?

Jak to zrobić bez bólu? Zamiast szukać „wydawcy”, szukaj podwykonawców. Potrzebujesz:

  1. Redaktora i korektora (często dwie różne osoby).

  2. Składacza (kogoś, kto przygotuje plik do druku i ebooka).

  3. Grafika (od okładki).

  4. Drukarni (np. druk cyfrowy na żądanie przy małych nakładach).

  5. Dystrybutora (firmy takie jak Ridero, Imker czy Motyle Książkowe, które pomogą Ci wstawić książkę do sklepów bez obiecywania złotych gór).

  6. Własna strona – to bardzo przydatne narzędzie.

Self-publishing to najtrudniejsza, ale też mega satysfakcjonująca droga. Wymaga nauki, ale przynajmniej nie karmisz pośrednika, który zarabia na Twoim braku wiedzy. Niestety coś za coś – bierzesz zyski, ale pokrywasz wszystkie koszty, musisz doglądać wszystkich specjalistów i wcielać się w rolę Project Managera. Za to jesteś sobie panem, sterem, okrętem i książka może być tak piękna, dopracowana jak tylko chcesz. Uważaj jednak: zapewne pierwsze kilka lat będziesz spisywać na straty – markę osobistą pisarza buduje się latami i kolejnymi publikacjami. Marketing wymaga albo konsekwencji, albo konsekwencji i pieniędzy 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *