Jest taka rozmowa, którą odbywa się w środowisku fantastycznym regularnie – i zawsze wychodzi z niej to samo. Ktoś pyta o ciekawych polskich autorów fantasy, ktoś inny odpowiada: Marcin Mortka, Radek Rak może Saulski. Nazwiska sprawdzone, bezpieczne, lubiane. I zupełnie niepasujące do słowa „młodzi” – bo ci autorzy mają za sobą dorobek liczony w dekadach, nie w latach.
Problem nie polega na tym, że tamci autorzy są źli. Problem polega na tym, że środowisko często nie ma nic nowszego do zaoferowania – albo przynajmniej tak to wygląda z zewnątrz. Debiuty się zdarzają, ale giną. Nie ma ich kto nagłośnić wystarczająco głośno i wystarczająco długo.
Próby były. Kulturalny Człowiek Zwierzchoskiego przez jakiś czas prowadził na swoim fanpage’u cykl poświęcony właśnie młodej polskiej fantastyce – i był to pomysł potrzebny, bo robił dokładnie to, czego brakuje: wskazywał palcem na nowe nazwiska i mówił „tu warto spojrzeć”. Ale cykl ucichł. I zostaliśmy tam gdzie byliśmy. Zresztą, Marcin zwykle nie był zachwycony tym, co wpadło mu w ręce 😉
Tymczasem coś się dzieje. Po cichu, bez wielkiej fanfary, bez wsparcia dużych wydawnictw – pojawią się nowe tytuły i autorzy, którym warto dać szansę w zalewie nowości, powrotów i głębokiego cienia rzucanego przez wielkie nazwiska od dekad kontrolujące rynek.
Jako czytelnik i jako pisarz piszący w tym gatunku – czuję, że te książki zasługują na więcej niż na wpis, który znika w algorytmie po trzech dniach. Dlatego poniżej krótki przegląd tego, co rzeczywiście warto znać z polskich debiutów ostatnich lat.
Najlepszy debiut fantasy od lat – Bóg Maszyna Joanny W. Gajzler
ostatnich latach przeczytałem sporo fantastyki i przyznam szczerze – zaczynałem się niepokoić. Kilka książek pod rząd nie wywołało żadnych większych emocji, a to nieprzyjemne uczucie, gdy gatunek, który się kocha, zaczyna smakować jak obowiązek. Wtedy w moje ręce wpadł Bóg Maszyna.
Joanna W. Gajzler to najlepszy dowód na to, że nie trzeba latami publikować opowiadań ani kumplować się z fandomem, żeby napisać naprawdę świetną powieść. Nie trzeba przechodzić przez wszystkie rytuały inicjacyjne środowiska – wystarczy mieć historię do opowiedzenia i umieć ją opowiedzieć.
A opowiedziana jest sprawnie. Język tej książki to rzecz, którą chcę podkreślić osobno – bogaty, dobrze skomponowany, adekwatny do malowanych realiów. Nie pretensjonalny, nie płaski. Po prostu dobry.
Jeśli myślicie, że te realia mają coś wspólnego ze steampunkiem – przestrzegam. Tego tu jak na lekarstwo. Śledzimy losy Tagarda, arystokraty i naukowca, który odkrywa, że nie tylko władcy królestwa mogą posługiwać się Wolą – tajemniczą siłą pozwalającą naginać innych do swojej, cóż, woli. Tagard nabiera ambicji politycznych i dokonuje odkrycia, które może całkowicie zmienić świat. Świata, w którym kalectwo oznacza śmierć lub status niewolnika. Klimatem najbliżej mu do pierwszego sezonu Arcane – trochę też Dishonored, choć tu mogę być zasugerowany okładką.
Intrygi prowadzone są zręcznie, arystokratyczny świat narysowany z rozmachem, siatki powiązań między bohaterami – naprawdę ciekawe. Największe wrażenie zrobiło na mnie to, że gdzieś od połowy książki przestałem wiedzieć dokąd zmierza fabuła. To mi się ostatnio zdarza rzadko. Dałem się zaskoczyć kilkakrotnie, a każdy zwrot był dobrze podbudowany – nie z powietrza.
Jeśli mam się przyczepić – postacie drugoplanowe bywają tu bardziej makietami niż ludźmi. Kilka z nich pojawia się pod koniec bo „musi”, choć właściwie ich nie znamy. Dwór świeci miejscami pustkami.
Ale to debiut. I to debiut-marzenie.
Dar Anomalii – prezent, który pokochali czytelnicy
„Dar anomalii” Pawła Zbroszczyka to cykl, który warto odnotować choćby z jednego powodu: wszystkie trzy tomy autor wydał własnym sumptem, przez założone przez siebie Wydawnictwo Elfickie – i zrobił to na poziomie, który nie wstydzi się przy dużych wydawnictwach. To samo w sobie jest historią.
Akcja rozgrywa się w Estepii – krainie, gdzie błękit nieba przecinają pierzaste skrzydła, a magia anomalii jest jednocześnie darem i przekleństwem. Dwóch bohaterów – Leba, skrzydlaty chłopak wrzucony w igrzyska na śmierć i życie, oraz Bren, złodziejaszek uciekający przed własnym kłamstwem – zostaje splecionych przez kapryśnych bogów i przez tę anomalię właśnie. Zbroszczyk buduje świat na zasadzie multiwersum – dwie odrębne rzeczywistości, które przenikają się i wpływają na siebie nawzajem.
Rynek przyjął cykl znakomicie – kolejne tomy rozchodziły się sprawnie, recenzenci chwalili oryginalność systemu magii i konsekwencję w budowaniu świata, a trzecia księga trafiła na listy najciekawszych propozycji fantastycznych 2025 roku.
Przyznam szczerze – pierwsze tomy mnie osobiście nie zachwyciły. Czułem, że pomysł jest na tyle oryginalny, że zasługiwał na głębsze rozwinięcie niż to, co dostałem na pierwszych kilkuset stronach. Potencjał świata był wyraźnie większy niż to, co autor zdecydował się pokazać na wejściu. Ale – i to ważne zastrzeżenie – nie każda książka musi trafiać w każdego czytelnika od razu, a wyniki sprzedaży i reakcje czytelników mówią tu więcej niż moja subiektywna opinia.
Zbroszczyk jest zresztą postacią wartą poznania niezależnie od oceny jego prozy. Jeśli traficie na niego przy okazji jakiegoś konwentu czy targów – porozmawiajcie. To jeden z tych autorów, których słucha się z prawdziwą przyjemnością.
Za kamień i za ciemność” Sonii Korty i Piotra T. Dudka
Za kamień i za ciemność” Sonii Korty i Piotra T. Dudka to pozycja, której jeszcze nie miałem w rękach – przyznam to otwarcie. Ale właśnie dlatego znalazła się w tym zestawieniu: trafiła do mnie przez rekomendacje, a nie przez własną lekturę, i to rekomendacje na tyle przekonujące, że trudno je zignorować.
Duet z Bochni – Korta jest pomysłodawczynią cyklu i pasjonatką kultury Bliskiego Wschodu, Dudek pisarzem i redaktorem z Żywiecczyzny – stworzył dark fantasy osadzone w Baraghod, Mieście-Ohydzie. Niegdyś klejnot pustynnej krainy Isztaret, dziś upadłe miejsce dręczone plagą szczurów, siatką spisków i tysiącletnimi kłamstwami. Razaguel, ostatni potomek zdetronizowanej dynastii, schodzi w głąb miasta żeby odkryć tajemnice przeszłości i pomścić śmierć braci. Na jego drodze stają nie tylko ludzie – bogowie też mają w tej historii swoje plany. I są, jak piszą autorzy, bardzo głodni.
Tam gdzie książka została zauważona, przyjęcie było ciepłe. Recenzenci chwalią przede wszystkim klimat – ciężki, duszny, z wszechobecnym brudem, który zostaje z czytelnikiem długo po lekturze. Michał Cetnarowski z Nowej Fantastyki napisał o niej jako o „epickim fantasy pełną gębą” i początku cyklu, który ma szansę przyciągać czytelników przez lata. Porównania do Abercrombiego pojawiają się regularnie i podobno nie są na wyrost.
Jedno zastrzeżenie, które przewija się w recenzjach: fabuła rozwija się powoli. Dla kogoś, kto lubi być wrzucony w środek akcji od pierwszej strony – może być to próba cierpliwości. Dla kogoś, kto lubi budowanie świata i gęstą atmosferę przed eksplozją – prawdopodobnie nagroda.
Lektura przede mną. Ale na liście – już od jakiegoś czasu.
Agnieszka Kulbat – „Mojra. Przeklęte dzieci Inayari” (2021, Wydawnictwo Nowa Baśń)
Rayn jest medyczką w Zakonie Inayari – zamkniętej, odciętej od świata instytucji, gdzie śnieg leży przez cały rok, morze co jakiś czas wyrzuca na brzeg zwłoki, a kara za ucieczkę jest jedna: śmierć. Spokojne życie Rayn kończy się w momencie gdy na jej stół trafia ledwo żywy mężczyzna znaleziony pod bramami zakonu. Kiedy umiera, Rayn postanawia zastosować na nim runy wskrzeszenia, które nigdy dotąd nie działały. Tym razem działają.
Fahrenheit napisał o debiucie Kulbat „więcej takich debiutów!” – i trudno się nie zgodzić. Całość czyta się lekko i zadziwiająco szybko, świat jest wystarczająco ciekawy, a bohaterowie charakterni i łatwi do polubienia. To przygodowe fantasy z mrocznymi akcentami, które nie udaje czegoś czym nie jest – i właśnie dlatego działa.
Cykl doczekał się kontynuacji. A jeśli chcecie wiedzieć więcej o samej autorce i procesie powstawania serii – mam z Agnieszką Kulbat wywiad, z którego dowiecie się nie tylko tego, jaki wpływ na jej twórczość miało pisanie fanfika Naruto ; )
Istvan Vizvary: nie do końca debiutant
Lagrange. Listy z Ziemi” Istvana Vizvarego to przypadek osobny i trudny do zaszufladkowania – bo Vizvary debiutantem nie jest, a jednak ta książka sprawiła wrażenie jakby polska fantastyka naukowa nagle przypomniała sobie, że potrafi.
W 2024 roku powieść zgarnęła Nagrodę im. Janusza A. Zajdla, Nagrodę im. Jerzego Żuławskiego, Nagrodę im. Macieja Parowskiego i tytuł Polskiej Książki Roku „Nowej Fantastyki”. Taki zestaw zdarza się raz na kilka lat. Smyk
Akcja rozgrywa się w 2069 roku – po katastrofie ekologicznej, która pozbawiła człowieka złudzeń o panowaniu nad Ziemią. Trzymoosobowa załoga statku ESS Steropes wyrusza w próbny rejs w okolice Saturna, żeby zbadać oceany jego księżyców i starą, porzuconą stację kosmiczną. Test nowej technologii szybko przeradza się w coś zupełnie innego
To hard SF – wymagające, gęste od żargonu technicznego, z narracją, która celowo dezorientuje. Recenzenci porównują Vizvarego do Lema w problematyce i do Miéville’a w podejściu językowym – i robią to bez poczucia przesady. Jedna z recenzji kończy się zdaniem, że powieść „przemieliła mózg jak sokowirówka” – i to chyba najuczciwszy opis.
Nie dla każdego. Ale jeśli szukacie dowodu, że polska fantastyka naukowa żyje i ma coś do powiedzenia – to jest ten dowód.
Justyna Hankus – „Dwie i pół duszy. Folk noir” (2023, Powergraph)
Akcja rozgrywa się na polskiej wsi, realistycznie odtworzonej, skupionej wokół plebanii, od lat 60. do końca 90. XX wieku. Pewnej nocy dziewczyna imieniem Helena weszła do lasu i wkroczyła do świata pozaludzkiego. Od tamtej pory zaczął on ingerować w życie ludzi. Mateusz Kusy, syn Heleny, chciałby wiedzieć kim jest jego ojciec – i jak powstrzymać zbrodnie, których sceną stała się wieś. Ludzie wiedzą swoje: winny jest Mateusz, dziwak, odmieniec.
Hankus przywołuje Wodnika, martwca i topielice, sięgając do tradycji i wierzeń ludowych – ale robi to bez nadawania im statusu klasycznej magii. To nie jest fantasy w tradycyjnym sensie. To folk noir – podgatunek, który Hankus otwarcie uważa za swój własny teren, i który w Polsce po sukcesach Radka Raka zaczyna znajdować coraz szersze grono czytelników.
Pomimo że „Dwie i pół duszy” to jej debiut w profesjonalnym wydawnictwie, językiem posługuje się szalenie dojrzale i pewnie – z nieprawdopodobną zręcznością przeskakuje od poetyckich, onirycznych opisów polskiej wsi do naturalistycznych aktów brutalności. Recenzenci porównywali ją do „Baśni o wężowym sercu” i „Starej Słaboniowej” – co w tym środowisku jest komplementem poważnym.
Powieść dostała nominację do Zajdla i jest dowodem na to, że polska fantastyka nie musi uciekać w egzotyczne światy żeby być interesująca. Czasem wystarczy wieś, jezioro i rzeczy, które wychodzą z lasu po zmroku.
Olga Niziołek – „Dzieci jednej pajęczycy” (2024, Powergraph)
Nominacja do Zajdla za rok 2024 to dla Niziołek już druga – pierwszą dostała w 2021 roku. To rzadka sytuacja: autorka, która środowisko zauważyło wcześniej za opowiadania, teraz wchodzi z pełnoprawną powieścią i potwierdza formę.
„Dzieci jednej pajęczycy” to postapokaliptyczna dystopia z motywem pająków i historią opowiedzianą z perspektyw sześciorga bohaterów. Klimat mroczny, konstrukcja wielogłosowa, świat po katastrofie – to SF, które nie udaje że jest łatwe.
Nie czytałem – więc nie będę oceniał. Ale fakt, że fandom nominował ją po raz drugi, że Powergraph zdecydował się na tę książkę i że recenzje są konsekwentnie poważne – to wystarczające powody, żeby mieć ją na liście rzeczy do sprawdzenia.
Kłamstwa szklanych wież – debiut z 2026 roku
Na koniec – bo wypada – wspomnę o własnym debiucie. Nie po to, żeby stawiać się w jednym rzędzie z tytułami opisanymi powyżej, ale dlatego, że piszę o polskiej fantastyce jako jej czytelnik, obserwator i – od niedawna – uczestnik. „Kłamstwa szklanych wież” to przygodowo-awanturnicze fantasy o strachu, odwadze, wielkich miastach, zepsuciu władnych instytucji i słabościach państwa. Powieść prowadzona jest z perspektywy trójki głównych bohaterów i nawiązuje do takich dzieł jak Kłamstwa Locke’a Lamory i Szóstka Wron.
Fahrenheit napisał o powieści, że to „ciekawa pozycja, w której znane motywy i wątki zostały przetworzone w nieco inny, interesujący sposób” – co jest recenzją uczciwą i z której jestem zadowolony. Pierwsza część dylogii, więc historia się nie kończy.
Jeśli lubicie polskie fantasy i jesteście gotowi dać szansę debiutowi – zapraszam.