Mamy Monopol w domu. Jednolita cena książki i kto naprawdę zarabia na książkach

Monopoly zawsze kończy się tak samo: jeden gracz ma hotele na wszystkich polach, a reszta płaci. Jej pierwowzór, The Landlord’s Game, Elizabeth Magie opatentowała w 1904 roku właśnie po to, żeby pokazać, jak monopol zjada pozostałych graczy. Ja sam grałem kiedyś w sfatygowanego klona z PRL-u: Fortunę.

A polski rynek książki gra w to od lat.

Rabaty dla dystrybutorów i Empik, czyli jedna plansza, jeden gracz

To gałąź, która niestety wymaga uregulowania. Z jednej strony mamy w praktyce dominację jednej firmy, Empiku, w oligopolu, w którym według raportu przygotowanego dla Polskiej Izby Książki cztery największe podmioty w dystrybucji kontrolują 80 procent rynku. Mediana rabatu dla dystrybutorów wynosi 50 procent. UOKiK nigdy formalnie nie uznał pozycji Empiku za dominującą, choć PIK kiedyś o to prosiła, a dziś Unia Literacka słusznie domaga się audytu pod kątem nadużywania pozycji dominującej na tym rynku.

Z drugiej strony mamy problem z rozliczeniami od dystrybutorów i platform streamujących audiobooki, co dobrze pokazała afera wokół Legimi. Z trzeciej fatalną sytuację autorów, bez których książek by nie było.

Ile zarabia pisarz w Polsce? Mniej, niż myślisz

Statystyczny polski autor dostaje średnio 2,87 zł od sprzedanego egzemplarza. Podejrzewam jednak, że więcej powiedziałyby tu mediana i dominanta, bo wielu autorów zarabia raczej między 80 groszy a 2 złote. Bywa, że autor dostaje 3 procent ceny okładkowej, czyli przy książce za 50 zł półtora złotego. Według raportu Unii Literackiej co trzecia ankietowana osoba pisząca nie dochodzi do progu 10 procent.

Artysta kojarzy się w Polsce z elitarną odklejką, choć to krzywdzący obraz promila artystów znanych z telewizji. Do tego wciąż mało szanujemy pracę, przy której nie huczy fabryka, pot nie leje się z ciała rozgrzanego do czerwoności i nie ma chytrych trików, żeby kupić tanio i sprzedać 0,5 procent drożej. Wszystkie te rodzaje pracy szanuję, mam jedynie problem z lekceważeniem równie niełatwej i wymagającej pracy twórczej. Bo bez książek mamy słabszą kulturę, słabsze soft power i gorsze okablowanie mózgu.

Książka to produkt, ale nietypowy: nie byłoby go bez pisarza. Wydawca robi biznes i bierze ryzyko, a warunki dyktuje ten, kto ryzykuje najmniej i ma najmniejszy wkład w powstanie dzieła.

Jak to wygląda od kuchni, opowiedział Spider’s Web Michał Rzeźnik, który sam wydał swój debiut. Wycenił książkę na 49 zł, a dystrybutor od pierwszego dnia wystawił ją za 33 zł, bo bez rabatu podobno się nie sprzeda. Gdy popyt wzrósł i Rzeźnik chciał podnieść cenę, usłyszał, że „tego się nie praktykuje”. Pieniądze dostawał tylko za sprzedane egzemplarze, 90 dni od raportu, i ani jedna faktura nie została zapłacona w terminie.

Ustawa o ochronie rynku książki i małe księgarnie

Ministerstwo Kultury od listopada 2025 roku pracuje nad ustawą o ochronie rynku książki: jednakowa cena przez rok od premiery, limit rabatu dystrybucyjnego i obowiązek przekazywania danych o sprzedaży. Celem jest ochrona małych księgarń, które przegrywają wojnę cenową z sieciami. Między 2010 a 2020 rokiem zniknęła niemal co trzecia księgarnia stacjonarna.

Po latach doceniam rolę małych księgarń bardziej niż kiedyś. To nie są zwykłe sklepy z książkami, tylko miejsca kulturotwórcze dla lokalnej społeczności, szczególnie bezcenne na peryferiach: spotkania autorskie, kluby czytelnicze, księgarz, który zna twój gust lepiej niż algorytm.

Szanuję to, jak poważne państwa, Francja, Niemcy czy Norwegia, od lat konserwują je również takimi ruchami jak stała cena książki. Z drugiej strony rozumiem obawy wydawców, że zapłacą za to sami, a ochrona słabszych graczy w nierynkowy sposób odbędzie się ich kosztem, kolejnymi obowiązkami i utrudnieniami. Tylko czemu nie przenoszą ciężaru rozmowy na dystrybucję: narzucane rabaty, marże, zasady magazynowania i rozliczeń?

„Nie podnoście Polakom cen książek”, czyli apel do lustra

Wydawcy odpowiedzieli kampanią „Nie podnoście Polakom cen książek”, przekonując, że ustawa utrudni im życie, a czytelnik zapłaci nawet 15 zł więcej. Hasło „podatek od czytania” jest efekciarskie, ale do całej akcji można mieć wątpliwości. W modelu jednolitej ceny to wydawca ustala cenę. A cena na okładce to dziś fikcja: w pierwszym roku od premiery czytelnik płaci średnio około 74 procent tego, co na niej napisano. Raport dla PIK mówi wprost, że wysokie rabaty zmuszają wydawców do sztucznego zawyżania cen okładkowych.

Ta sama analiza pokazuje, że jednolita cena wcale nie musi podnieść cen, pod dwoma warunkami. Wydawca ustala ją na poziomie realnej ceny sprzedaży, a nie dzisiejszej, nadmuchanej ceny z okładki, a wszyscy w łańcuchu renegocjują rabaty. Dziś z książki za 50 zł, którą czytelnik kupuje średnio za około 37 zł, wydawca dostaje od 20 do 30 zł, dystrybutor od 10 do 22,50 zł, a księgarnia od 5,50 do 12 zł. Autor dostaje swoją część dopiero z działki wydawcy.

Cały pomysł stoi więc na renegocjacji rabatów z dystrybucją. I tu wracam do pytania o ciężar rozmowy. Wydawcy potrafią zorganizować wspólną kampanię przeciw ministerstwu, ale nie mają wspólnego pomysłu na lobbing przeciw tym, którzy trzymają dystrybucję. Najgłośniej mówią o tym dziś autorzy, nie wydawcy.

Czego brakuje w projekcie ustawy

Nie wydaje mi się, żeby usztywniona cena książki była najlepszym pomysłem na pobudzenie tego rynku, ale nie mam łatwych recept. Dobrze, że w projekcie jest limit rabatu i dane o sprzedaży. Te drugie to może najważniejsza część ustawy, bo dziś nikt nie widzi całej planszy: analiza dla PIK opierała się na danych obejmujących około 40 procent rynku i, co znamienne, bez Empiku.

Brakuje mi ustawowych terminów płatności, końca komisu, w którym całe ryzyko zostaje u wydawcy, i minimalnego procentu dla autora i tłumacza zapisanego w prawie. Unia Literacka domaga się dla pisarzy co najmniej 10 procent ceny okładkowej.

Czy książki w Polsce są drogie?

Nie są. Dla części ludzi to oczywiście kwestia portfela, ale nie tylko. Wielu z nas chętniej wydaje 50 czy 100 zł na kino i streaming, a na targach i eventach na plastikowe gadżety, naklejki i smoothie. To przyzwyczajenie, że kultura powinna być półdarmowa i dostępna w pełnej puli: chcemy mieć wszystkie nowości na półce, zamiast wybierać.

Dodatkowo rynek książki musi rywalizować z Netflixem, grami i aplikacjami hazardowymi. Dziś to zupełnie inny świat niż 20 lat temu, a w 2025 roku 59 procent Polaków nie przeczytało ani jednej książki. Ja mam nadzieję, że nadal będziemy czytać, bo społeczeństwo piśmienne ma lepsze perspektywy na budowanie zdrowego państwa niż takie, którego skupienie uwagi to 40 sekund, a odroczona gratyfikacja jest pojęciem totalnie niezrozumiałym.

Czy skutkiem jednolitej ceny będzie dobicie mniejszych wydawnictw, ratunek dla księgarń czy totalne ominięcie największych problemów tego rynku? Nie wiem. Uważam jednak, że branża nieumiejętnie prowadzi rozmowę na ten temat. Tu trzeba edukować, przypominać i wyjaśniać, żeby budować zrozumienie i poparcie społeczne dla emocjonalnego i finansowego wsparcia polskiej kultury i ludzi, którzy ją tworzą.

A Ty co zmieniłbyś w zasadach tej gry?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *